XXXVI Plener w Krzeniowie

Niedziela po obiedzie, 15 stopni w cieniu, trochę słoneczka na niebie i wszechobecny zapał – jak to wszystko zmieszać, to otrzymamy ekstremalny plener w śnieżno-leśno-polnych klimatach.

Punktualnie o 14.oo w niedzielne popołudnie wyruszyła kawalkada samochodów do Krzeniowa. Pierwotne zamierzenie było takie, aby udać się do kamieniołomu Jeziorna. Na miejscu okazało się jednak, że słońce jest już na tyle nisko iż jeziorko w wyrobisku ukryło się w głębokim, niefotograficznym cieniu.

(Galerię zdjęć z pleneru można podziwiać tutaj ? )

Kilku desperatów wyjrzało na pole w stronę Czerwonego Kamienia, ale mgiełka spowiła okolicę i guzik było widać.

Jest propozycja, żeby na wyposażenie zakupić kominiarki, takie jakie mają Piotrek i Andrzej. Wtedy taka kilkunastosobowa drużyna, zrobiłaby odpowiednie wrażenie na przyglądającym się naszym wyprawom osobnikach.

Chcąc niechcąc podążyliśmy przez las ku słońcu.

Po drodze przystając, by coś uwiecznić.

O kur..(cze?) – nie wyszło!

Las i śnieg to jest to co Rysie lubia najbardziej

Niektórzy wysforowali się na przód, by ustanowić prawa autorskie na pobliskim polu.

Ale nic z tego, stonka obsiadła pole i nie miała poszanowania dla prawa pierwszeństwa.

Plenerowicze cechowali się wybitnie dużym poświęceniem, jesli chodzi o chęć uzyskania niepowtarzalnych ujęć.

Piotrek mówi, że Sony jest świetnym aparatem, niektórzy nawet twierdzą, że ma funkcję pozwalającą na robienie zdjęć z zasłoniętym obiektywem.

Waldek oczywiście podążał własnymi scieżkami

A ponieważ proces twórczego fotografowania jest trudny, więc i zmęczenie dopadło co niektórych. Na szczęście na polu stało krzesełko, jakby czekając na umęczoną Dagmarę, która postanowiła się nieco ochłodzić.

Rysiu takiej okazji nie mógł przepuścić.

Krzesełko stało się przedmiotem walki fotograficznej, ale na polu (dosłownym) bitwy musiał pozostać jakiś zwycięzca.

Pole polem, ale nieopodal las wzywał i stawiał nowe wyzwania, więc mocna grupa pod wezwaniem ZKF ruszyła na jego penetrację

Gdzie my jesteśmy?

Niestety piszący te słowa, za namową swej połowicy, która uznała, że dwugodzinny plener w kilkunaststopniowym mrozie to stanowczo za dużo dla jej aparatu, który pokrył się lodem, a ekran zaczął w zwolnionym tempie reagować.

Dalszy przebieg pleneru, a właściwie jego koniec znany jest nam tylko z audycji Radia Wolny Krzeniów, które podało, że któremuś z plenerowiczów upadł aparat na lód. Mamy nadzieję, że nie był to Sony, bo pewnie przestałby robić hdry.

You may also like...

1 Response

  1. Daga pisze:

    nie aparat tylko statyw ,który tak sie zmroził ze po upadku na ziemie połamał sie :/

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.